56 Kompania specjalna

 Kraj Pochodzenia: POLSKA (nie istniejąca)

 
    Z początkiem lat sześćdziesiątych, polscy stratedzy coraz lepiej zdawali sobie sprawę, jak ważną rolę w przypadku konfliktu zbrojnego między siłami Wschodu i Zachodu, będzie pełniło rozpoznanie strategiczne i operacyjne. Rozpoznanie dróg marszu, rejonów koncentracji oraz stanowisk startowych i w efekcie zniszczenie rakiet z głowicami nuklearnymi nim zdążą opuścić wyrzutnie, mogło mieć znaczący, jeśli nie decydujący wpływ ma wynik konfliktu.

W 1961 roku, podczas ćwiczeń majowych o kryptonimie „Pomorze”, dokonano pierwszej, zakończonej sukcesem próby wprowadzenia do działań armijnych jednostek   rozpoznawczych. Efektem przygotowań, kolejnych prób i eksperymentów było utworzenie w Wojsku Polskim formacji działań specjalnych, a mówiąc precyzyjnie, jednostek dywersji i rozpoznania dalekiego zasięgu: głęboko utajnionych batalionów radioelektronicznych i kompanii (48, 56 i 62) rozpoznania specjalnego.

W rozwijanym na wypadek „W” do szczebla armii Pomorskim Okręgu Wojskowym, niemal jednocześnie sformowano 56 kompanię rozpoznania specjalnego w Bydgoszczy i 12 batalion rozpoznania elektronicznego w Braniewie. 56 krs o charakterze rozpoznawczo - dywersyjnym utworzono na bazie 1 Samodzielnego Batalionu Szturmowego z Dziwnowa. Wypis z dziennika rozkazów 5 kompanii rozpoznawczej 1 Samodzielnego Batalionu Szturmowego w Dziwnowie: Rozkaz dzienny 308/67. W dniu dzisiejszym kompania została przeniesiona do miasta Bydgoszczy. Adres kompanii JW. 1636R.

Jednostka od początku była całkowicie utajniona i dla kamuflażu postrzegana jako jedna ze struktur 6 Dywizji Desantowej. Przeznaczeniem kompanii było prowadzenie głębokiego rozpoznania – do 300 km w głąb ugrupowania potencjalnego przeciwnika – a także działań dywersyjnych i sabotażowych. Specyfika jednostki wymagała zaawansowanego procesu szkolenia w wielu specjalnościach: desantowaniu spadochronowym, taktyce specjalnej, łączności opartej na szybkiej telegrafii, działaniach saperskich i minerskich, szybkim i precyzyjnym strzelaniu z różnych typów broni, walce w kontakcie bezpośrednim. Wszechstronne szkolenie fizyczne postawione było na niemal wyczynowym poziomie, żołnierze bowiem nie tylko maszerowali setkami kilometrów i uczyli się walki, nadto uprawiali takie dyscypliny jak wspinaczka wysokogórska i narciarstwo. Szczególnie wysokie wymagania stawiano przed plutonem nurków bojowych, którzy tę specjalność jakby dokładali do wszystkich innych umiejętności. Być może nie na najwyższym poziomie uczono wówczas języków obcych, żołnierze dość luźno traktowali „priorytetowe” oczywiście zajęcia polityczne, za to perfekcyjnie zdobywali wiedzę o armiach obcych.

Oczekiwano od nich „organizowania i prowadzenia działań specjalnych w warunkach długotrwałego przebywania w ugrupowaniu nieprzyjaciela, przy silnym i aktywnym przeciwdziałaniu jego wojsk”. U żołnierzy i ich dowódców wyrabiano umiejętność szybkiego, operatywnego myślenia, identyfikowania i właściwej oceny zdobytych danych, szybkiego i bezbłędnego przekazywania meldunków do zespołu dowodzenia przy pomocy urządzeń szybkiej telegrafii. Wielką sztuką było szybkie i skryte poruszanie się w terenie, prowadzenie obserwacji, niszczenie sprzętu bojowego pojedynczo i w składzie podgrupy czy grupy.

Oddziaływać mieli na obiekty silnie chronione, zabezpieczone zaporami inżynieryjnymi i sygnalizacyjnymi, niszczyć wyrzutnie rakietowe, samoloty, urządzenia elektroniczne, stanowiska dowodzenia i węzły łączności. Do nich należało znalezienie newralgicznych punktów, obliczanie niezbędnej ilości materiałów wybuchowych, wykonywanie przejść w zaporach, obezwładnianie i eliminacja ochrony. Strzelanie w ich przypadku miało niewiele wspólnego ze standardowym szkoleniem żołnierzy, uczyli się szybko i z zaskoczenia zwalczać cele ogniem celowanym i niecelowanym, z różnych podstaw i w każdej sytuacji bojowej. Żołnierz uczył się działać na każdym stanowisku w grupie i posługiwać się każdą bronią, umieć kierować ogniem grupy. Również w trudnych warunkach, w ugrupowaniu przeciwnika, przy rozproszeniu grupy, w dzień i w nocy.

Szkolenie inżynieryjne opierało się na niszczeniu obiektów, konstrukcji i sprzętu bojowego z użyciem min i pocisków artyleryjskich. Do zbioru sztuk należał zorganizowany odwrót, maskowanie i zacieranie śladów, a na zakończenie złożenie meldunku o wykonaniu zadania. Obowiązywała ich perfekcyjna znajomość organizacji, wyposażenia i uzbrojenia armii przeciwnika na kierunku operacyjnym północno – nadmorskim i jutlandzkim: NRF, Dania, Belgia, Holandia. Oddział II Sztabu POW zalecał prowadzenie całego szkolenia „wyłącznie metoda musztry bojowej”.

W roku 1981 roku 56 Kompania Specjalna została przeniesiona do Szczecina. W swojej strukturze organizacyjnej była wówczas identyczna jak samodzielne kompanie specnazu.

W latach 1986 nastąpiła zmiana zasad użycia grup specjalnych spowodowana nowymi trendami oraz   doświadczeniami   z   międzynarodowych konfliktów lokalnych. Jednostkę przygotowywano do działań w obszarach zurbanizowanych. Rozpoczęła się współpraca z AWO i innymi strukturami specjalnymi. Położono nacisk na szkolenia położono na działania agenturalne, wywiadowcze i umiejętności organizowania działań dywersyjno-psychologicznych w dużych skupiskach ludzkich. Do historii przeszły rozgrywane przez kilka kolejnych lat ćwiczenia Kaskady, podczas których grupy, wykorzystując cywilne ubrania i wszelkie dostępne środki, wykonywały zadania rozpoznawcze i dywersyjne w miastach i zakładach „o strategicznym znaczeniu”. Grupy specjalne blokowały wielkie ćwiczenia wojskowe na poligonach, uprowadzając transporty ciężkiej amunicji, prowadziły penetrację obiektów wojskowych, łącznie ze sztabem Pomorskiego Okręgu Wojskowego.

W roku 1990 utworzono pierwsze w Wojsku Polskim zawodowe grupy specjalne. W 56 KS był to Zespół Kadrowych Grup Specjalnych. Młodzi i niezwykle ambitni ludzie, pokonują wszelkie trudności, bardzo szybko osiągnęli najwyższy jak na tamte czasy poziom profesjonalizmu.

Kompania, w etacie pokojowym liczyła 205 żołnierzy. Mogła w trybie alarmowym wystawić 15 grup specjalnych. Czas osiągnięcia gotowości bojowej nie przekraczał 6 godzin, zaś 3 grupy awangardowe mogły wejść do działania w czasie 2 godzin.

Jednostka, mimo że nigdy nie używana w warunkach bojowych, wielokrotnie potwierdzała swoją markę i wysoki profesjonalizm. O wysokim poziomie wyszkolenia świadczy fakt, że w okresie formowania Jednostki Grom trzon zawiązywanych struktur stanowili żołnierze zawodowi z 56 KS.

Rozwiązanie w 1994 roku 56 kompanii specjalnej (i pozostałych) do dziś jest uważane za przejaw głupoty decydentów politycznych i lizusostwa ich podwładnych w mundurach.

Fragment książki Piotra Bernabiuka - (mjr KUPS o 56 kompani specjalnej)

KASKADY I

W połowie lat 80-tych zaczęła się nowa era w działaniach specjalnych w naszym kraju a zwłaszcza w Pomorskim Okręgu Wojskowym. Przeniesienie 1 Batalionu Szturmowego do Lublińca zostało wymuszone nową sytuacją geopolityczną   i   zmianami sposobu użycia tej jednostki.

Miejsce nowego stacjonowania pozostawiało wiele do życzenia pod kątem ewentualnego szybkiego użycia jak  i bazy szkoleniowej nie mówiąc o warunkach socjalnych dla przeniesionej kadry. Przeniesienie   na kilka lat zatrzymało proces intensywnego szkolenia a także spowodowało duże zmiany personalne. Doświadczona i wartościowa kadra   w krótkim czasie odeszła z jednostki z wielu przyczyn. Pierwszym zadaniem w Lublińcu było tworzenie   obiektów szkoleniowych   i uzupełnianie wolnych wacatów.

W POW w tym czasie 56 KS złapała wiatr w żagle ponieważ   poprzednio pomimo centralnego podporządkowania 1BSZ   odgrywał czołową role   na tym terenie.

Zgodnie z nową koncepcją użycia grup specjalnych szczebla armijnego położono akcent na szkolenie agenturalne.

Grupy specjalne po dokonaniu wejścia w obszar działania przeciwnika miały operować w obszarach zabudowanych w dużych   aglomeracjach. Obiektem działań były węzły komunikacyjne, obiekty o znaczeniu strategicznym i propagandowym, zgrupowania wojsk stacjonujące   na   obszarach zurbanizowanych, węzły łączności, stanowiska dowodzenia itp.

Ta  koncepcja   wydawała się dość nowatorska ale jak pokazała historia   przyszłych konfliktów zbrojnych taka jest przyszłość nowoczesnych działań specjalnych. Odejście od typowych działań szturmowych na rzecz   cichego zbierania informacji i realizacji zadań specjalnych bez munduru   na głębokich tyłach. Działania o   charakterze agenturalnym zostały   dodatkowym obszarem prowadzenie walki przez   formacje specjalne. Grupy specjalne nie miały tak jak poprzednio wyznaczonych rejonów działań na terenie obszarów ówczesnej Republiki Federalnej Niemiec, Dani czy Holandii ale na własnym terenie. Doktryna obronna przewidywała,że ewentualny przeciwnik dotrze aż do rubieży Wisły a jednostki specjalne operować będą na   zapleczu przeciwnika wykorzystując doskonałą znajomość terenu, oparcie w ludności miejscowej itp.

W przypadku działań wyprzedzających grupy specjalne miały być przerzucane jeszcze przed wybuchem konfliktu różnymi sposobami także jako   turyści czy   grupy sportowców legalnie wjeżdżający do sąsiednich krajów. Nowe koncepcje wymagały   zupełnie odmiennego sposoby realizacji zadań a co z tym się wiąże innych wzorców szkoleniowych.

Szkolenia uzupełniano   o materiały z AWO / Agenturalny Wywiad Operacyjny- dziś temat   otoczony gęstą siecią tajemnic który ujrzał światło dzienne przy okazji lustracji J.Oleksego/.

Szkolenie prowadzili etatowi pracownicy tej struktury a także   agenci którzy działali za   zachodnią granica kilkanaście lat. Ulepszano metody wysyłania informacji za pomocą   tzw. szybkiej telegrafii, sposoby kodowania meldunków, pracy wywiadowczej   w dużych skupiskach miejskich, działań wywrotowych i dywersyjnych, pozyskiwania i budowania siatek wywiadowczych, produkowania materiałów wybuchowych ze środków podręcznych i wielu innych.

Sprawdzianem nowych modeli realizacji zadań były ćwiczenia  o kryptonimie Kaskada. W trzech Kaskadach brałem udział jako dowódca grupy specjalnej a jedną   z użyciem mojego plutonu specjalnego płetwonurków obsługiwałem jako oficer kierunkowy.

Oficer kierunkowy to ktoś kto kieruje planowaniem użycia GS, zabezpiecza kontakty, przepływ informacji- pracuje w Zespole Dowodzenia ale także gdy jest konieczność wtapia się w obszar działania i nawiązuje kontakt osobowy- to taki anioł stróż który czuwa nad grupą.

 Dowództwo 56 Kompanii Specjalnej już w lutym wiedziało,że Grupa Specjalna Płetwonurków wejdzie do działania od strony morza. Działać miała w ostatniej fazie z GSP Formozy.

Zadanie było o tyle trudne że wcześniej nie używano GSP z 56 KS do zadań z morza. Zadania na wodach śródlądowych ograniczano do działań   na   obszarach średnich zbiorników  wodnych / jeziora, rzeki/ Ponadto były to zadania typowo dywersyjne / niszczenia pod wodą, minowania obiektów/   raczej  o charakterze punktowym. Przenikanie linii frontu realizowano na obszarach dużych jezior i rzek ale wybrzeże Bałtyku to nie akwen zamknięty gdzie prędzej czy później trafi się na jakiś brzeg.

Istotnym problemem był też brak w wojskach lądowych programu użycia i realizacji zadań z obszarów morskich. Obowiązujące przepisy nakazywały stosowanie zabezpieczeń które w przyjętym wariancie wyjścia z morza zupełnie uniemożliwiały wykonanie zadań.

Okres od lutego do lipca to straszliwa praca nad przygotowaniem ludzi do tego zadania. Setki przepłyniętych kilometrów, katowanie ludzi w sprzęcie ABC i ogromna presja   ,że to musi się udać. Trzeba było przełamywać stereotypy- płetwonurka który   rozpozna przeprawę   na rzece czy   zaminuje nocą most. Stawka była dużo wyższa-   przeniknąć na ląd nocą   po wyjściu z okrętu podwodnego lub szybkiego kutra przy silnym przeciwdziałaniu przeciwnika. W takich działaniach nie ma asekuracji czy możliwości odzysku grupy- jest tylko woda, woda, woda świecące punkty na busoli, tysiące machnięć płetwami i czas   którego upływ wychładza organizm. Grupa jest zdana na siebie, płynąc w   szyku holuje   wytrymowane   wodoszczelne zasobniki ze sprzętem. Żadnych świateł bo brzeg może być patrolowany, zasobniki równo z lustrem wody podobnie jak   wychylone nad wodę końcówki   kapturów od pianek z fajkami. Radar łapie przy flaucie nawet kawał deski który dryfuje po wodzie. Bezpieczna strefa wysadzenia GSP dla bardzo szybkiej łodzi to około 4 mile morskie. Bliżej się nie da, bo kuter zostanie przechwycony. Polskie wybrzeże   w tamtych latach posiadało setki stacji umieszczonych obok siebie gdzie na zmianę   pracowali żołnierze WOP i w systemie ciągłym obserwowali lustro wody. Niebezpieczeństwem dla płetwonurków są sieci, zabłąkane nocą kutry i prąd który dołem zawsze wynosi na otwarte wody.

Niewątpliwą pomoc uzyskano z Formozy od takich fantastycznych ludzi jak komandor Szczepanik czy porucznik Adamczyk. W tym też okresie na bazie współpracy Formoza  realizowała  pierwsze skoki spadochronowe na zgrupowaniach z 56 ks na terenie bazy Jaworze /poligon Drawsko Pomorskie/.

Kaskada rozpoczęła się dokładnie 22 lipca. W rejonie odosobnienia przygotowywano się do postawionych konkretnych zadań. Z lotniska w Mirosławcu grupy specjalne zostały desantowane w okolicach Starogardu Gdańskiego z pokładów An-26. Wczesnym świtem z wysokości 600 m na spadochronach D-5   zrzucono 6 grup specjalnych. Skok w teren przygodny to trochę taka loteria. D-5 to nie Sw 12  czy inny spadochron komorowy, skoczek z bronią, dyndającym zasobnikiem   nie ma wielkiego pola manewru. Dodatkowo trzeba szybko odnaleźć zasobnik towarowy / ZT-100 który   zaopatrzony w nadajnik wysyła sygnał   do namierzenia./ Podczas desantowania nie poniesiono żadnych strat w ludziach.

Rejon przypuszczalnego zrzutu był znany siłom przeciwdywersyjnym bo wszystkie drogi dojazdowe i kolejowe zostały szybko zablokowane przez Wojska Obrony Wewnętrznej, Milicje wspomaganą przez  służby pomocnicze, SOK oraz   pododdziały 7 Dywizji Obrony Wybrzeża. Rejon nadgraniczny został wzmocniony przez dodatkowe struktury Wojsk Ochrony Pogranicza / obecnie SG/. Przeciwnik znał cele jakie atakować będą grupy specjalne, znał rejony działania a nawet składy osobowe na poszczególnych kierunkach. Wiedział również że rejonem wyjścia z morza będzie rejon Białogóry i Mechlinek.

Desantowanie jest elementem najbardziej ryzykownym ze względu na możliwość łatwego wykrycia miejsca desantowania. An-26 obniża prędkość postępową do około 360-400 km/h  kieruje się na tzw. bojową- wartość kątowa kierunku lotu odpowiadająca kierunkowi desantowania. Z reguły statek powietrzny kieruje się pod wiatr   co wymaga wcześniejszej korygacji lotu.   Całe te manewry powietrzne są łatwe do namierzania przez stacje radiolokacyjne a nawet naziemne stacje obserwacyjne.

Czas na przyziemnienie skoczków spadochronowych to też okres który działa na ich niekorzyść – stąd skoki realizowane nawet  z pułapu 150 -100 m czy skoki z dużego pułapu /7000m / z   otwarciem na wysokości 100-200m, bądź przeloty na spadochronach na dystansach nawet 40-50 km. W tym czasie podstawowym sprzętem spadochronowym był D-5 a instruktorzy skakali na spadochronach SW-5 a nieliczni na RL-14   RL 16 i SW-12. Spadochron komorowy   dopiero zaczynał pojawiać się   naszych działaniach specjalnych.

Grupa Płetwonurków podobnie jak kilka innych grup miała za zadanie wniknięcia do Trójmiasta. Po desantowaniu i odnalezieniu zasobników realizowano szybki odskok z rejonu zagrożenia- 4-6 km. W bezpiecznym miejscu ukryto niepotrzebny sprzęt, mundury itp. Wysłano też meldunek do centrali- o treści: Ryba wyszła z sieci. Pomimo stosowania podwójnego systemu szyfrowania –tzw. Systemu Hubal   / Hubal zastąpił tabele kodowe AX  po ucieczce płk.Kuklińskiego do USA   bo zachodziła obawa,że Amerykanie posiadali umiejętność rozkodowywania meldunków/ w 56 kompanii Specjalnej stosowano dodatkowe umowne hasła w kategorii osiąganych rubieży czy celi. Po przebraniu się w mało rzucające się w oczy ubrania cywilne grupa po podzieleniu się na pary   przedzierała się w kierunku Trójmiasta.

 Wszystkie ważniejsze szlaki zostały zablokowane. Na tym etapie Kaskady została zneutralizowana jedna z grup 56 ks. Została zatrzymana na jednej ze stacji kolejowych gdzie patrolowi milicji wydala się podejrzana grupa mężczyzn  która wyróżniała się   zdecydowanie od miejscowych. Dworzec został obstawiony przez ściągnięte odwody milicji   i grupa w kajdankach została odstawiona do aresztu w Gdańsku gdzie spędziła 48 godzin. GSP pokonała blokadę wtapiając się  w orszak weselny udający się do sąsiedniej miejscowości.

Punkt kontaktowy-główny- wewnętrzny / do zejścia się całego składu grupy/ nie został osiągnięty na czas i dopiero na punkcie   zapasowym nastąpiło   połączenie całej grupy. Punkt zapasowy mieścił się na przystanku trolejbusowym w Gdyni. Od czasu desantowania minęło ponad 10 godzin.

Około godz.18 nawiązano łączność osobową   na punkcie kontaktowym- zewnętrznym. Punkt kontaktowy mieścił się w tłocznej z okazji święta   restauracji w okolicach Al.Świętojańskiej.

Nikt nie zwracał uwagi na młodego mężczyznę który dyskretnie ubezpieczany przez swojego partnera   wymienił z barmanem znaki rozpoznawcze i wypowiedział   nieistotne z pozoru zdanie obejmujące zamówienie:   Setkę białej z odrobiną słodkiego pieprzu.

Kontakt został nawiązany i   plan   realizował się bez   potknięć. W umówione miejsce przyjechała ciężarówka która zabrała grupę na szczelnie oplandekowaną skrzynie załadowczą. Około 22.00 pojazd przejechał bramę portu Marynarki Wojennej i zatrzymał się   na nabrzeżu przy jednym z kutrów patrolowych. Plandeka uniosła się i grupa marynarzy w ubraniach roboczych taszcząc kilka skrzyń zeszła z pojazdu i   weszła na kuter. Pod pokładem rozpoczęła przygotowania do   dalszego działania. Celem było wniknięcie w obszar zajęty przez przeciwnika od strony morza i dotarcie do rejonu celu głównego-Elektrownia w Żarnowcu.

 Kuter szybko odbił od brzegu i obrał kierunek -Hel.

Wyjście okrętu w morze który nie został zgłoszony w kapitanacie bardzo szybko zostało zauważone. Desantowanie płetwonurków z rufy zrealizowano bez zmiany kursu by nie demaskować miejsca   wyjścia grupy. Służby dyżurne odpowiedzialne za szczelność strefy morskiej zostały szybko powiadomione o niewyjaśnionym kursie jednego z kutrów. Po szybkiej analizie wyciągnięto słuszny wniosek,że kuter najprawdopodobniej przemycał na swoim pokładzie grupę płetwonurków   biorącą udział w ćwiczeniu.Uaktywniono patrole piesze i   zmotoryzowane Wojsk Ochrony Pogranicza a sieć radarów od Łeby do Krynicy Morskiej postawiono w stan podwyższonej gotowości.

Jak na tę porę roku noc wskutek niskiego pułapu chmur była wyjątkowo ciemna i sprzyjała atakującym. Fale nie przekraczały pół metra i skutecznie zamazywały rzeczywisty obraz na radarach.

Kierunek desantowania został obrany wcześniej i były to Mechelinki-azymut wynosił z rejonu wysadzenia około 40-00. Zasobniki gumowe w swoim wnętrzu ukrywały cały sprzęt i broń niezbędną do realizacji zadań przez najbliższe   4 doby. Szczególnego znaczenia nabierała hermetyczność zwłaszcza dla radiostacji dużej mocy. R-354 była podstawowym modelem stosowanym w tym czasie w jednostkach specjalnych. Meldunek po zakodowaniu i zaszyfrowaniu specjalnym kluczem nanoszony był na taśmę fotograficzną w formie dziurek dziurek wysyłany z dużą szybkością. Czas seansu   nie przekraczał   2 minut. W centrach   łączności   tą błyskawiczną kombinacje nagrywano i następnie odtwarzano z   kilkakrotnie mniejszą prędkością uzyskując dopiero wtedy słyszalność poszczególnych znaków cyfrowych.

Na tamte czasy   realizowano łączność na fali dyżurnej i w seansach z odległości 3000 km a w służbach wywiadu realizowano łączność szpiegowska na jeszcze większych dystansach.

Zalesione obszary w okolicach Mechelinek i wąski pas plaży dawały dużą szanse na przeniknięcie z morza w strefę   bardziej bezpieczną.

Po ponad czterech godzinach GSP zbliżyła się do brzegu. Zmieniono szyk z klina  układając w płytkiej wodzie wachlarz umożliwiający lepsze prowadzenie rozpoznania wzrokowego i ubezpieczenia.   Rozcięto linki łączące poszczególne zasobniki i po krótkotrwałym rozpoznaniu zrealizowanym przez parę szperaczy   w ostatnich godzinach wczesnego świtu błyskawicznie z   pokonano niebezpieczny pas plaży.

Odskok na około kilometr, ukrycie   niepotrzebnych pianek i sprzętu ABC.

Przebrana w cywilne ubrania podzielona na pary grupa w kontakcie wzrokowym udała się w okolice najbliższych przystanków autobusowych. Usadawiając się na kolejnych przystankach w najbezpieczniejszej porze kiedy jeździ najwięcej ludzi do pracy opuściła wciąż zagrożony rejon. Im bliżej centrum Redy i Rumii tym szansa na wtopienie się w tłum większa.

Kierunek był znany od początku-Elektrownia w Żarnowcu. Oczko w głowie ówczesnej gospodarki energetycznej. Wprawdzie nie było tam jeszcze reaktora ale funkcjonowała część szczytowo-pompowa która była fragmentem jądrowego kolosa. Cel był trudny ze względu na ważność oraz przedsięwzięte środki bezpieczeństwa. Do ochrony i obrony zmobilizowano spore siły z   7 Dywizji Obrony Wybrzeża, Wojska Obrony Wewnętrznej oraz sporo milicji i służb pomocniczych. Dodatkowym elementem utrudniającym jest położenie i otoczenie które nie pozwala na skryte dojście. Elektrownia szczytowo-pompowa wykonana w oparciu o wybraną ogromną niecę w pobliskim wzgórzu znajdowała się w odkrytym terenie z zachodniej strony Jeziora Żarnowieckiego.

Atak na tak duży obiekt i przy tak silnej ochronie z reguły nie jest realizowany składem jednej grupy specjalnej i dlatego atak był realizowany równocześnie z przez dwie grupy. Nie był to klasyczny Zespół Grup Specjalnych ale sukces był gwarantowany tylko przy pełnym wykonawstwie obu grup które działały bez kontaktu ze sobą. Koordynatorem był jedynie ścisły  harmonogram czasowy.  Drugą grupą realizującą zadanie  na elektrownie była grupa z Formozy. Wychodziła z morza za   Jastrzębia Górą i osiągnęła   brzeg w okolicy Białogóry. Praktycznie po przekroczeniu plaży i szybkim odskoku z rejonu przenikania lasami w szyku ubezpieczonym osiągnęła rejon działania po 12 godzinach.

Grupa płetwonurków   56 KS dość szybko opuściła zagrożone obszary Oksywiu i dotarła poza strefę szczególnej odpowiedzialności gdzie roiło się od patroli milicji i WOP-u. Korzystając z porannego szczytu komunikacyjnego i gęstej sieci połączeń,w podgrupach w kontakcie wzrokowym   dotarła koleją do stacji kolejowej Nadole. W tym miejscu szczęście przestało się uśmiechać. Peron   na stacji końcowej   był obstawiony   milicją i wojskiem które   było doskonale zorientowane   w przyszłych planach realizowanych zadań. Część grupy opuściła pociąg w biegu, rozpraszając się w lesie na początku peronu. Druga grupa dokonała szybkiej przesiadki mieszając się z tłumem   do pociągu odjeżdżającego w przeciwna stronę. Szczęściem   siły przeciwdywersyjne zastosowały   wariant   blokady zewnętrznej   dworca skupiając się na drobiazgowej kontroli osób wychodzących z peronu. Legitymowano młodych mężczyzn i to pozwoliło   na uratowanie grupy. Broń długa umieszczona była w torbach tzw. jamnikach a krótka nosiły na sobie tylko dwie osoby bo o tej porze był problem z kamuflowaniem jej a nie posiadano w tamtych czasach kabur w saszetkach na pasie. Grupa w okresie planowania   zadań i analizy zrezygnowała całkowicie z granatników i broni wsparcie / rgppanc-7,  rpg-Komar, 40mm Pallad i 7.62 rpks/ Podstawowym wyposażeniem były 7,62 kbk AKMS, 9mm Pm-63 RAK i broń osobista.

Wskutek blokady dworca GSP dotarła na punkt kontaktowy z agentem dużo spóźniona i musiano realizować wariant zapasowy. Punkt mieścił się w kaplicy przydrożnej gdzie po wymianie haśle a wcześniejszym rozpoznaniu znaków nawiązano łączność osobową. Grupa otrzymała namiary na schowek w którym znajdowały się brakujące środki do prowadzenie zadań o charakterze dywersyjnym. Ilość materiału zabranego ze sobą był zbyt mały by zniszczyć urządzenia kierujące spustem wody. Rura spuszczająca wodę w elektrowni mieściła w swoim wnętrzu   gabaryty potężnego samochodu ciężarowego i ewentualnym miejscem stosunkowo czułym były moduły mocujące i otwierające oraz sam system sterowania znajdujący się poniżej zbiornika.

W czasie realizacji kontaktu pozostała część grupy realizowała zadania rozpoznawcze, a operator opracowywał wariant   najskuteczniejszego   wykonania niszczenia. Radiotelegrafista w asyście ubezpieczenia wysłał kolejne meldunki do centrali.

Kontakt z grupą z Formozy,   kontakt osobowy realizowano na starym cmentarzu w Wierzchucinie. Grupa weszła w rejon działania i prowadziła rozpoznanie obiektu do niszczenia od kilkunastu godzin.

Plan synchronizacji polegał na   wykonaniu dwóch niszczeń by w efekcie masy wody ze zbiornika wysokiego spuścić do jeziora a przez śluzę znajdującą się przy   ujściu rzeki Piaśnicy pozwolić wypłynąć do morza. By tak się stało   grupa z 56 ks musiała wysadzić moduł spustowy lub sterowanie a Formoza pod wodą dojść do wrót śluzy i wysadzić je.

Konieczna była ścisła koordynacja czasowa.

Atak nastąpił kolejnego ranka. Samo wniknięcie zostało zrealizowane około godz.15.30 w czasie wejścia do pracy   drugiej zmiany, kiedy ruch pozwalał   osobie w roboczym ubraniu na niedostrzeżone   przez innych wejście   na liczne place.

Właściwa robota rozpoczęła się około 3-4 nad ranem. Do 6.00 zakończono umieszczanie ładunków –imitatorów z czerwonym dymem. Zastosowano urządzenia   ZEZ / Zegarowy Elektryczny   Zwieracz/   do precyzyjnego odpalenia ładunku z wykorzystaniem nastawienia czasu.

W tym samym czasie grupa z Formozy zajęła się umieszczaniem min magnetycznych na metalowych wrotach prowadzących do rzeki Piaśnica. Obszar mostu jak i inne punkty newralgiczne   wokół jeziora był chroniony przez   policję i wojsko. Most jak i śluza były miejscem chronionym i przygotowanym do obrony przez   pluton ze składu 7 Dywizji Obrony Wybrzeża.

Posterunki na moście wiedziały o możliwości ataku bądź próby zajęcia mostu przez działające grupy specjalne. Nikt nie brał pod uwagę możliwości niszczenie spod wody.

Około 3.00 para płetwonurków wypłynęła na środek jeziora by dopłynąć   w pobliże celu na odległość około 1-1,5 kilometra. Namierzając za środka azymut na cel para przechodzi na pracę z aparatów powietrznych i płynąc   pod wodą z wykorzystaniem busol dopływa skrycie około 5.30   do celu.Ta pora pozwala nie korzystać pod wodą z latarek dekonspirujących obecność płetwonurków i daje szanse na pewna widoczność pod wodą. W tamtym okresie nie było na wyposażeniu aparatów tlenowych z obiegiem zamkniętym   / nie licząc awaryjnych Czajek i Krzyków/ Pierwsze Oxygeny weszły na początku lat 90-tych..

Delikatny wiatr marszczący powierzchnie jeziora   skutecznie maskował wydobywające się spod wody pęcherzyki powietrza.

Miny zostały umieszczone na zawiasach wrót. O określonej porze gdy obie grupy szybko opuszczały zagrożone rejony działania na terenie elektrowni zapracowały ładunki i obłoki   czerwonego dymu wskazały że system obrony i ochrony został naruszony.

Obrona śluzy i mostu nigdy nie dowiedziała się, że pod ich nogami czy tez ich nosem zaminowano ich obiekt. Do końca była przekonana o dobrze zrealizowanym zadaniu.

Po około 30 godzinach grupy skrycie dotarły do stojącego na uboczu lotniska w Słupsku An-26. Z działających   4 grup ze składu 56 kompanii specjalnej dotarły 3.

Przed zapadnięciem zmierzchu An-26 wystartował i poleciał w kierunku zachodnim by po niecałej godzinie lotu desantować   grupy specjalne   w rejonie   miejscowości Święciechów gdzie czekał do realizacji ostatni etap Kaskady- sprawdzający. Finałem było jak zawsze sprawdzenie normy nr.13   Bieg na 10 kilometrów z pełnym wyposażeniem / broń, zasobniki, sprzęt pchem- waga minimum 15kg/-55 minut na zaliczenie.

Norma ta określana była jako,, CZYŻ NIE DOBIJA SIĘ KONI’’ 

Od tamtych Kaskad minęło ponad 15 lat i wiele się zmieniło. Wielu ludzi odeszło z działań specjalnych co nie wynika tylko z   rozwiązania w roku 1994 56 Kompanii Specjalnej i innych tego typu jednostek.

Dobrze, że pozostali Ci którzy tworzyli   podstawy nowoczesnych działań specjalnych tacy jak obecny generał Jan Kempara kierujący tamtymi Kaskadami a dziś stojący na czele formacji specjalnych   czy pułkownik Piotr Patalong   dowodzący 1 Pułkiem Komandosów a wtedy jeden z wielu biorących udział w ćwiczeniu. Doświadczenia tamtych lat, wielu lat szkoleń i dziesiątek ćwiczeń pozwoliły inaczej patrzeć na specyfikę użycia grup specjalnych.


II KASKADA – 1988 r.

3. rozwalony komisariat

Na II Kaskadę jechałem z przeświadczeniem, że jako bohaterowi ubiegłorocznej, pierwszy bowiem zostałem zwinięty przez milicję i trafiłem do pierdla, należą mi się szczególne przywileje. W drodze szczególnego wyróżnienia mjr Romek Żołnowski oddał mnie w ręce ppor. Arkadiuszowi Kupsowi, zakręconemu gościowi o którym coś tam już słyszałem, gdy służył w Dziwnowie. Teraz był ponoć po przejściach, wyrwany dopiero co z dywizyjnej kompanii specjalnej, ze Stargardu.

Na mój widok porucznik zrobił minę jakby octu pociągną ale poprowadził za sobą sosnowym młodniakiem rosnącym na piachu. Baza z daleka pachniała ściemą przygotowaną dla przełożonych. Z pewnością nikt nie nocował w wydłubanej w piachu i byle jak zamaskowanej prowizorce. Zaopatrzona była nieźle, jakieś mleko, świeży chlebek. Typowy zestaw do bytowania w naturze... oparty na zakupach w sklepie „geesu”. Gospodarz chciał się znaleźć, więc wysłał żołnierza po „herbatkę”. Wrócił po chwili z zieleniną za pazuchą: Co to jest? Miałeś przynieść pędy malin! Przyniósł pędy... agrestu. Na dobry początek.

Posiedzieliśmy z godzinkę i wyszliśmy do miasta. Maszerowaliśmy skrajem topniejącego w upale, sennego Krzyża, zatrzymując się na oranżadę i czekając na Arkowych ludzi. Wkrótce też ujrzeliśmy obrazek z pogranicza amerykańskiej komedii wojennej i westernu. Środkiem chodnika, kołysząc się z boku na bok, kroczyło dwóch krótko ostrzyżonych osiłków w opiętych dżinsach i o numer za ciasnych koszulkach. O tym, że nie są zbiegłymi więźniami świadczyły lufy karabinów, wystających niedyskretnie z turystycznych toreb. Kups widząc swych „przenikających niepostrzeżenie” komandosów, ponownie zrobił minę z octem: - W mieście na rynku już pewnie powiesili wasze rysopisy, żeby dzieciaki z przedszkola wiedziały jak wyglądają zamaskowani dywersanci.

Nie było się specjalnie czym przejmować. Siły przeciwnika nie odnosiły wielkich sukcesów głównie przez własne lenistwo ale także za przyczyną Aborygenów (kryptonim ludności osiadłej w rejonie działania grup specjalnych) bardzo łatwo przechodzących na współpracę z nami. Większość mężczyzn służyła kiedyś w wojsku i czuła się przynależna do żołnierskiego klanu a z miejscową milicją każdy z jakichś tam powodów mógł mieć na pieńku albo jej nie lubić dla zasady. Zaokrąglając, można by dokonać następującego rozdziału sił: po jednej stronie był nasz Szaman z ekipą rozjemców, Milicja Obywatelska, Wojska Ochrony Pogranicza i przeróżni kolaboranci z urzędu, z drugiej zaś kilkanaście grup specjalnych rozrzuconych w terenie, wspieranych przez cywili. Mieliśmy do czynienia z modelową sytuacją „działania na terenie własnym, czasowo zajętym przez siły przeciwnika”. Nie ukrywajmy, działanie było znacznie łatwiejsze od prowadzenia akcji rozpoznawczo – dywersyjnej gdzieś w depresyjnej Holandii czy porozrzucanej po sundach Danii. Mimo wszystko uraz po ubiegłorocznym aresztowaniu powodował, że co rusz oglądam się za siebie.

Popołudniem byliśmy już w lesie, na skraju rozległej, podmokłej, przechodzącej w bagno łąki. Dołączyli do nas chorąży Paweł Wyrwał z kpr. Markiem   Załuckim i szer. Zbyszkiem Karolewskim. Arek podzielił zadania. Na razie mamy czas, więc rzucamy w drzewo nożami. Kups niemal za każdym razem trafia, nadto ostrze wchodzi strasznie głęboko i chłopaki mają doskonałą zabawę, widząc jak się szarpię usiłując wyrwać szturmana z sosny. Wiem jak niebezpieczną bronią może być nóż w rękach Józka Koźbiała i paru innych gości ale Arkowi nie chciałby się wystawić na strzał ani w zbroi, ani w ochronnej kamizelce.

Czas. Rozchodzimy się na stanowiska i czekamy na samolot. Z szer. Włodkiem Rudzkim mamy na sygnał odpalić dymy. Kiwamy się na wielkich, suchych kępach pośrodku bagna i gadamy. Najpierw chodzi nam po głowach, że jak zasobnik trafi w topielisko, nie wyjmiemy go za żadne skarby. Następnie o rozmawiamy o wojsku. Rudzki nie ukrywa, że u Kupsa jest ciężko i selekcja trwa nieprzerwanie. Mnóstwo ludzi wypadło już z plutonu i wylądowało u safianów. Kapral Tafliński przyszedł strasznie cienki z wuefu a teraz jest najlepszy w podciągnięciach. Włodek należał do słabiaków i nie miał w zasadzie szans przetrwania ale porucznik objął go specjalnym programem wychowawczym...

Wszyscy tu na Kaskadzie - Grzesiek Tafliński, Mariusz Kubień, Czesiek Langner... stanowią materiał dobrze przebrany.

A potem szeregowy Rudzki marzy o założeniu plantacji truskawek lub malin. Fajnie jest w cywilu ale harowałby teraz na gospodarce i nie pojechałbym na narty, na wspinaczkę, na skoki... wylicza chyba do dziesięciu. Sygnał, jeden dym odpalamy, drugi nie działa, przy okazji powstaje mały pożar łatwo mogący zamienić się w bardzo duży, jeśli nie zostanie natychmiast zgaszony. Samolot leci szybko i nisko. Widzimy wyraźnie stojącego w luku instruktora. Maszyna oblatuje nas łukiem i wracając identycznym kursem wywala ZT 100, dokładnie tam gdzie nie chcieliśmy, za rów melioracyjny. Chłopaki brną po kolana w czarnej, śmierdzącej na odległość borowinie i wloką wór pod ambonę, między trzy gigantyczne mrowiska. Dzielimy co nam z nieba spadło i każda grupa śmiga w swoją stronę.

Wracamy do Krzyża i odbijamy z Arkiem od grupy. Kupujemy lody w rożkach i idziemy obejrzeć komisariat. Cicha uliczka, niskie płotki, pies zaszczeka wszyscy w oknach. Niepostrzeżenie to pchły mogą tu po trawniku skakać. Rozmawiamy o pierdołach ale widzimy że problem będzie spory. Robimy pętlę i   ciągniemy do chłopaków nad jezioro. W wodzie łabędzie, na brzegu dziewczyny, miejscowe laski. Wokół pustka i cisza jak na zamówienie. Mieliśmy się kąpać, moczymy jedynie nogi bo w wodzie syf i ze skóry można obleźć.

Mirella, najbardziej rezolutna z panienek, pracuje przy dworcu w kwiaciarni. Krótki bajer i pożyczamy rowery, zostawiamy w zastaw żołnierzy i jedziemy na ten dworzec. Kups ma trochę roboty a potem w bufecie żremy gulasz z makaronem. Woda, kluchy i drobno posiekane żylaki. Nie ma jak elegancki posiłek po wyjściu z lasu. Napotkany kolejarz cały czerwony. Arek pyta gdzie się skrwawił: Panie, latarka na torach leżała, tylko ruszyłem wszystko w dymie. Wokół coraz większa panika, bieganie, wołanie. Nie wiadomo skąd wyłażą policjanci i sokiści. Nie lubimy zamieszania...

Skrzypimy z powrotem na rozpadających się rowerkach. Śmieję się z kupsowej damki ale jemu przynajmniej łańcuch nie spada. Chłopaki usiedli przy tych pannach jak na wiejskiej zabawie i tak sobie siedzą. Zero akcji. Makrela... bo łatwiej się wymawia niż Mirella, zna cieciulskiego parku. Zagajamy na temat noclegu w domkach campingowych. Gość życzliwy, w wojsku służył ale mocno spanikowany: Panowie a jak kierownik przyjedzie?! Kierownik nie przyjedzie ale są dziewczyny, jacyś poprzebierani żołnierze... Oczyma wyobraźni widzi co się będzie działo i drży o posadę. Coś tam wreszcie ugadujemy i umawiamy się że na mur nocujemy tutaj. Makrela i jej dwie koleżanki widać chętne na wieczorne spotkanie, na razie uciekają przed burzą.

Burza dopada w marszu. Czarne chmury wloką brzuchy po ziemi ale deszczu spadają tylko pojedyncze, wielkie krople. Za to wraz z pierwszymi uderzeniami piorunów gaśnie światło w całym mieście. Bardzo dobrze, za godzinę będzie zupełnie ciemno. Z kapralem i z Rudzkim robimy wielkie koło i podchodzimy do obiektu od strony lasu. Czekamy w krzakach dając czas Kupsowi i jego ludziom. Muszą się bezpiecznie usadowić w pobliżu komisariatu, żeby po wybuchu paniki nie wleźć na patrol albo nie wpaść przypadkiem pod policyjny samochód.

Patrzymy na zegarki... Start! Obaj żołnierze znikają za płotem. Podchodzę do portierni, pukam w zamknięte okienko. Gdy się uchyla, wołam, że dwaj faceci właśnie wleźli przez płot „na zakład” i pobiegli - Ooo tam! Dziewczyna śliczna, czarnowłosa i trochę przestraszona, bardzo ostrożnie wychyla się z dyżurki. Powiedzieli jej przed służbą, że w pobliżu mogą się kręcić jacyś poprzebierani żołnierze. Oddycham z ulgą, bo zaczyna telefonować na milicję. Jak na zamówienie, żołnierz wali dwie serie, z głębi terenu słychać potężne wybuchy.

Niepokojąco długo czekamy na kaprala.   Naprzeciwko naszej fabryczki jest miejski szpital oraz schronisko dla samotnych matek z dziećmi. Wbił się więc z tymi petardami i dymem gdzieś strasznie daleko. Wreszcie wyskakuje.

Gliniarze są w trzy minuty po pierwszej eksplozji, od miasta jedzie na sygnale wszystko co możliwe. Wiejemy, żeby nas widzieli. Potem jeszcze z kwadrans plączemy się po szosie, strzelamy za wszelka cenę usiłując zainteresować gości sobą. Milicjanci kręcą się nerwowo przy bramie, świecą jakimiś bździdłami ale nie bardzo mają ochotę do pościgu. Nasze prowokacje są na tyle niebezpieczne, że walimy ze ślepaków, tamci mają ostrą amunicję. Jakby który nagle zmienił konwencję zabawy...

Kończymy zabawę gdy Arek przybiega ze swoimi: - Jak wrócą na komisariat, będą mieli karnawał. Tak się nagle do roboty zapalili, że pojechali do was wszyscy i zamknęli interes na kłódkę. Minerzy pracowali w luksusowych warunkach.

Baza w sośniaku, nocleg na kampingu... wszystko było bajerem. Śpimy w stodole, na skraju wioski. Zapach siana, nastrój sukcesu, radzik z ochroną wędrują jeszcze nadać meldunek a pozostali rozmawiają o zmarnowanej okazji, czyli o dupie Maryni. Rankiem sygnał o zmianie rejonu. Langner „szykiem ubezpieczonym” idzie do wioski na zakupy a pozostali szykują się do wymarszu.


Tekst ze strony www.combat56.pl polecam. 

LINKI
 




































Polska organizacja ninjutsu i TCS
 
Reklama
 
 
Stronę odwiedziło już 14 odwiedzający (78 wejścia)
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=