GROM

Kraj pochodzenia: POLSKA (Formacja wojskowa)

Grupa Reagowania Operacyjno - Manewrowego

Wojskowa Formacja Specjalna GROM

im. Cichociemnych Spadochroniarzy Armii Krajowej

  GROM, czyli Grupa Reagowania Operacyjno-Manewrowego (Mobilnego) - jednostka wojskowa 2305, to elitarna i specjalna jednostka wojskowa wyspecjalizowana między innymi w działaniach antyterrorystycznych. Jej tworzenie rozpoczęto w 1990 r., wykorzystując najlepsze doświadczenia zagraniczne, zwłaszcza Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Jednostki, do których można porównać jednostkę GROM, to amerykańskie 1st Special Forces Operational Detachment - Delta (tzw. Delta), SEAL Team VI, brytyjski 22. Special Air Service (SAS) czy izraelski Sayeret Mat'kal.

Jednostka najpierw otrzymała nazwę GROM, jej rozwinięcie to Grupa Reagowania Operacyjno-Manewrowego (Mobilnego). Nazwa ta ma pokazać, że jednostka może działać jak GROM z jasnego nieba,1 nawiązuje także do brawurowej akcji Gromosława Czempińskiego, który - ryzykując własnym życiem - uratował od niechybnej śmierci cudzoziemskich zakładników (oficerów Centralnej Agencji Wywiadowczej Stanów Zjednoczonych) na terenie państwa Saddama Husajna (Iraku) podczas "Pustynnej Burzy". Dzięki tej operacji Stany Zjednoczone zdecydowały się zredukować polskie zadłużenie i udzielić niespodziewanie dużej pomocy przy organizowaniu jednostki. Potrzebę zorganizowania oddziału zdolnego do ratowania z rąk terrorystów polskich obywateli sugerował już w 1982 r., po zajęciu przez terrorystów polskiej ambasady w Bernie, generał Edward Rozłubirski. Na zorganizowanie takiej jednostki musieliśmy poczekać jeszcze trochę. potrzebę zorganizowania takiej jednostki brutalnie uświadomiły polskim władzom wydarzenia bezpośrednio związane z realizacją operacji "Most", w której to Polska zdecydowała się uczestniczyć. Polegała ona na przerzuceniu rosyjskich Żydów emigrujących ze Związku Radzieckiego do Izraela. Od chwili jej rozpoczęcia Polska stała się krajem narażonym na zamachy ze strony takich ugrupowań, jak Hezbollach czy Dowództwo Główne Ludowego Frontu Wyzwolenia Palestyny. Potwierdzili to specjaliści z Wielkiej Brytanii, którzy ocenili możliwości naszego kraju w zwalczaniu terroryzmu i stwierdzili, że w naszym interesie leży powołanie do życia wyspecjalizowanej formacji wojskowej zdolnej do działania w kraju i za granicą. Do podobnych wniosków doszła również część kierownictwa ministerstwa spraw wewnętrznych obserwując działania osłonowe brytyjskich i izraelskich antyterrorystów.

30 marca ostrzelano samochód attaché handlowego polskiej ambasady w Libanie. Następnego dnia, 1 kwietnia, działające w Libanie organizacje terrorystyczne oficjalnie potwierdziły zamachy na polskie misje, dyplomatów i instytucje - takie jak biura LOT-u. Dla zapewnienia ochrony polskiemu personelowi dyplomatycznemu skierowano tam podpułkownika Sławomira Petelickiego, który pełnił wówczas funkcję szefa wydziału ochrony placówek w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. 


Razem z przemianami jakie następowały w kraju i w polityce w 1990 r. zaczęła wzrastać przestępczość. Pospolici bandyci zaczęli używać broni, na co zwykli policjanci nie byli przygotowani.

Średnio inteligentny szympans zauważył, że w Polsce przestępcy zaczęli używać broni palnej. Szok nastąpił po policyjnej akcji w motelu "George" w Nadarzynie. Policjanci mieli zaskoczyć przestępców. Ale gdy bandyci wyciągnęli broń, policjanci okazali się bezradni. To pokazało, że nie mamy w Polsce sił odpowiedzi na gwałtowny wzrost i brutalizację przestępczości. Na przełomie lat 80. i 90. zwykły policjant oddawał 15 strzałów w roku. Dla bezpieczeństwa ludzi było lepiej, jeśli nie wyciągał broni z kabury. Ówcześni antyterroryści w ciągu 12 miesięcy zużywali 150 pocisków. Tymczasem potrzebni byli specjaliści, którzy na strzelnicy zużywaliby tysiące nabojów - wspomina Krzysztof Kozłowski.

Po powrocie do kraju przedstawił ówczesnemu ministrowi spraw wewnętrznych Krzysztofowi Kozłowskiemu, koncepcję powołania do życia specjalnej jednostki wojskowej, zdolnej między innymi ratować polskich obywateli w podobnych sytuacjach. Zaproponował także jej przyszłą organizację i strukturę. Koncepcja została zatwierdzona, a podpułkownik otrzymał wszelkie niezbędne pełnomocnictwa. Najpierw jednak podpułkownik Petelicki, pułkownik Gromosław Czempiński oraz doradca wiceministra Krzysztofa Kozłowskiego, Wojciech Brochwicz, zostali skierowani na zaawansowany kurs zarządzania w sytuacjach kryzysowych w dziedzinie antyterroryzmu, prowadzony w Stanach Zjednoczonych. Po tym szkoleniu podpułkownik Petelicki został jeszcze w Stanach Zjednoczonych by uzupełnić swą wiedzę o znacznie szerszy zakres niż wymagało tego tworzenie jednostki. Decyzję o utworzeniu jednostki podjął rząd premiera Tadeusza Mazowieckiego. Oficjalną datą powstania GROM-u jest 13 lipca 1990 r. Rozpoczął się nabór odpowiednich ludzi. Zatrudniono majora Stefana Kozłowskiego oraz porucznika Mariana Sowińskiego - zdymisjonowanych dowódców warszawskiego wydziału antyterrorystycznego. Do jednostki dołączył kapitan Wojciech W., doskonały strzelec i pływak pracujący w wywiadzie oraz porucznik Leszek Drewniak trener kadry narodowej w karate, oficer UOP. Z tymi ludźmi rozpoczęto nabór do nowo tworzonej jednostki.

Podpułkownik Petelicki osobiście jeździł po elitarnych jednostkach wojska polskiego. Do jednostki w Lublińcu pojechali z rewolwerami Smith & Wesson. Strzelał razem z żołnierzami. Tak werbowano odpowiednich ludzi i budowano legendę GROM-u. Nabór prowadzono głównie wśród żołnierzy zawodowych 1. Samodzielnego Batalionu Specjalnego (obecnie pułku) z Lublińca, byłych komandosów kompanii specjalnych, spadochroniarzy 6. Brygady Desantowo-Szturmowej, płetwonurków bojowych Marynarki Wojennej. Nie wszyscy chętni - nawet z tak elitarnych jednostek - posiadali wystarczające predyspozycje, na przejście do GROM-u wielu doskonałych kandydatów z armii nie zgodzili się wtedy ich przełożeni z MON-u niechętnie pozbywających się najlepszych oficerów. Na początku nie dokonywano selekcji gdyż należało zgromadzić możliwie jak największą grupę ludzi, którzy mogliby współtworzyć oddział.

Nie mając dość czasu, aby osobiście nadzorować rozwój jednostki minister Krzysztof Kozłowski wyznaczył przedstawiciela resortu mającego nadzorować formację i koordynować współpracę z zagranicą. Tak, więc kontrolę nad jednostką przejął Andrzej Milczanowski. Ten postanowił wyznaczyć oficera, który mógłby w jego imieniu nadzorować jednostkę. Wybrańcem ministra został pułkownik Jan Lesiak. Po nim na własną prośbę nadzór nad jednostką przejął Bartłomiej Sienkiewicz. Zorganizowano pokaz dla Andrzeja Milczanowskiego, który wywarł na nim duże wrażenie. Niedługo jednak po odejściu ministra Krzysztofa Kozłowskiego nad GROM-em zawisła groźba rozwiązania. Chciał do tego doprowadzić minister Henryk Maciejewski. Na szczęście jego miejsce zajął Antoni Maciarewicz.

Problemów niestety było coraz więcej. Należało zdobyć obiekty gdzie jednostka mogłaby stacjonować i się szkolić. Udało się zdobyć poligon, a prowizoryczne zakwaterowanie niedaleko poligonu przekazała Akademia Obrony Narodowej. W zdobywaniu zakwaterowania pomagali premier Hanna Suchocka, senator Krzysztof Kozłowski oraz Wojciech Brochwicz.

Okres organizacji jednostki trwał około dwóch lat. W tym czasie jednostce pomagała Akademia Obrony Narodowej - szczególnie jej komendant - generał Tadeusz Jemioło i jego zastępcy. Wspierali ją także zastępca dowódcy (później dowódca) Marynarki Wojennej, admirał Ryszard Łukasik, Dowództwo Wojsk Lotniczych i Obrony Powietrznej, a później Dowództwo Wojsk Lądowych.

Momentem przełomowym było zakończenie w 1991 r. wyczerpującego szkolenia w Stanach Zjednoczonych. Starannie wyselekcjonowana do służby w GROM-ie grupa liczyła wraz z dowódcą 13 oficerów. Szkolili się w różnych warunkach klimatycznych - od tropików po mroźne góry. Uczono zjazdów ze śmigłowca metodą szybkiej liny. Zawsze nowe dla Polaków techniki wykonywał podpułkownik Petelicki, zgodnie z niepisanymi zasadami w jednostkach specjalnych.

Było to spore przeżycie, kiedy siedzieliśmy w śmigłowcu, z którego wystawały nam nogi, a pilot próbował nas nastraszyć i robił na wysokości kilku kilometrów gwałtowne skręty. Tak, że myśleliśmy, że już wypadamy z tego śmigłowca. Potem zjeżdżaliśmy najpierw z wieży, która miała wysokość piętnastopiętrowego budynku. Potem z tej samej wysokości ze śmigłowca. Było to dla nas spore przeżycie i adrenalina się wtedy podwyższała. Ale wiedzieliśmy, że właśnie zaczynamy robić coś, o czym marzyliśmy.

lepiej wyszkoleni, ale nasi żołnierze sił specjalnych nie byli mięczakami. Udowodniła to selekcja prowadzona w górach. Tak wspomina ten epizod generał Petelicki:

Któregoś dnia szedłem w towarzystwie por. Leszka Drewniaka, por. Jacka K., por. Andrzeja K. oraz por. Artura M. Wszyscy oni byli bardzo twardzi, a ja byłem już niemłody (45 lat), ale wypadało dotrzymywać im kroku. Mieliśmy bardzo ciężkie plecaki z wyposażeniem na tydzień lub więcej bytowania w górach. Szło z nami dwóch Amerykanów, z których jeden, ppłk sił specjalnych, biegający w maratonach w Nowym Jorku, miał malutki plecak z dwiema bańkami wody. Miał on przewagę nie tylko ze względu na mniejsze obciążenie, ale i lepsze przygotowanie kondycyjne i treningowe. Pod koniec takiego ostrego 60-kilometrowego marszu w górach byłem już bardzo zmęczony. Jednak, gdy ten oficer amerykański wyprzedził nas tak o 50-80 m, wtedy por. Jacek K. podłożył mi swoją dużą dłoń pod plecak i powiedział.

Szefie, nie ma lipy, musimy mu dołożyć.

Idąc z tym wsparciem, w pewnym momencie udało mi się wyprzedzić tego Amerykanina, bardzo go to zdziwiło. Ostatni odcinek kilkuset metrów, dzielących nas od bazy, pokonałem biegiem. Byłem bardzo zmęczony, ale szczęśliwy, bo widziałem, że zespół był zadowolony, że Amerykanin nie wygrał ze mną. Wtedy wszyscy zrozumieli, co to znaczy działanie zespołowe.

Pierwsza informacja o jednostce pojawiła się w prasie po zaangażowaniu komandosów do konwojowania tajnych akt przewożonych podczas akcji lustracyjnej na przełomie maja i czerwca 1992 r. Mówiło się także o udziale komandosów w aresztowaniu i zajęciu siedziby szefów Art. B. Tak tę akcję skomentował jeden z ochroniarzy, który pilnował wówczas rezydencji Bogusława Bagsika i Andrzeja Gąsiorowskiego. Wg niego wydarzenia były tak szybkie, że zorientował się, co jest grane, kiedy już wszyscy grzecznie z rękami do góry stali przed lufami pistoletów maszynowych, staranowana samochodem brama dyndała na zawiasach.  

Kontrole jakie przeprowadzono wykazały, że jednostka finansowana za pośrednictwem Nadwiślańskich Jednostek Wojskowych nie otrzymywała wszystkich przyznanych jej funduszy. W pierwszym roku otrzymała 14% funduszy, w drugim 21%, i to po upominaniu się o przyznane im sumy. Starano się by jednostka uzyskała niezależność finansową, jednak ubocznym efektem tych działań było to, że sprawa trafiła do parlamentu.

Pułkownikowi Petelickiemu udało się utrzymać fakt istnienia jednostki w tajemnicy, a do czasu misji na Haiti, o istnieniu jednostki wiedziało tylko kilkanaście osób spoza niej. Dziś niestety o jednostce mówi i pisze się często w środkach masowego przekazu.

Piekielna dziura (Hell Holl) - tak nazwali amerykańscy żołnierze Republikę Haiti. To właśnie tam wyjechali po raz pierwszy na zagraniczną misję komandosi GROM-u. Na czas tej misji GROM został podporządkowany Ministerstwu Obrony Narodowej. Wysłanie polskich żołnierzy miało być rewanżem za okazaną pomoc przy tworzeniu jednostki i potwierdzeniem kwalifikacji komandosów GROM-u. Innym powodem była chęć przekonania się premiera Waldemara Pawlaka czy rzeczywiście GROM potrzebuje 6 godzin do przygotowania kontyngentu gotowego do wyjazdu na misję. Zostało to potwierdzone w praktyce.

Wyjazd jednostki spowodował liczne spory kompetencyjne w Ministerstwie Obrony Narodowej. Twierdzono na przykład, że płk Petelicki nie ma odpowiedniego doświadczenia by dowodzić jednostką podczas tej misji.

Zwyczaje ceremoniału wojskowego (wymóg oficjalnego pożegnania żołnierzy wyjeżdżających na misje zagraniczne) zmusiły GROM oraz jego dowódcę pułkownika Petelickiego do pierwszego publicznego wystąpienia w dniu 17 października 1994 r. na warszawskim lotnisku Okęcie. Dla komandosów nie było to jednak miłe pożegnanie. Częściowo zakryte twarze komandosów ciemnymi okularami wywołały serię złośliwych komentarzy. Dziennikarze nie mogąc zdobyć konkretnych informacji na temat jednostki mylnie interpretowali jej nazwę, przyporządkowali ją NJW czy też żandarmerii.

Udział w haitańskiej operacji "Uphold Democracy" miał być dla jednostki rewanżem i sprawdzianem nabytych umiejętności. Warto dodać, że było to pierwsze wspólne działanie sił specjalnych USA i kraju należącego kiedyś do Układu Warszawskiego. Komandosi potrzebowali zaledwie sześciu godzin na przygotowanie do wyjazdu na drugą półkulę. Przed działaniami zostali dodatkowo przeszkoleni w bazie Puerto Rico i poddani sprawdzianowi umiejętności. Następnie instruktorzy Zielonych Beretów zapoznali komandosów z warunkami, w jakich mieli działać. Udzielili wielu przydatnych rad dotyczących mentalności Haitańczyków, używanej przez nich broni itp. Do Polaków przydzielono grupę amerykańskich komandosów mających oceniać na bieżąco ich działania. Żołnierze musieli sami zorganizować i chronić swoją bazę. Ulokowali się 35 kilometrów od centrum Port-au-Prince w Mariani. Zabezpieczono bazę, zorganizowano własny system wart. Komandosi przejęli od Navy SEAL ochronę ważnych osobistości odwiedzających wyspę, co stanowiło dowód uznania i ogromnego zaufania. Najniebezpieczniejszym zadaniem była ochrona osobista specjalnego wysłannika ONZ do spraw Haiti - Lahdara Brahimi. Za jego głowę postreżimowa opozycja wyznaczyła nagrodę w wysokości 100 tys. dolarów, następnie zwiększono ją do 150 tys. Kolejnym niemal równie trudnym zadaniem było zapewnienie bezpieczeństwa delegacji Białego Domu, której pokazywano najbardziej zaniedbane i najniebezpieczniejsze dzielnice.

Bardzo często zdarzały się sytuacje, w których żołnierze GROM-u musieli wykazać się samodzielnością w podejmowaniu decyzji. Jak choćby ta, kiedy rozpędzony samochód bogatego Haitańczyka wpadł w tłum raniąc poważnie kilka osób. Tylko zdecydowana interwencja żołnierzy uratowała go od zlinczowania, równocześnie udzielili rannym pomocy. Następnym incydentem, dzięki któremu komandosi zaskarbili sobie serca mieszkańców wyspy było uratowanie chłopca z rąk uzbrojonych bandytów.

Podobne interwencje zdarzały się często, czasem interweniowano zupełnie przypadkowo. Np., gdy wokół płonącego samochodu zbiegło się wielu ludzi razem z wychodzącymi dziećmi. Ledwo komandosi zdążyli ich odsunąć, a eksplodowało paliwo.
zakładaniu kamizelek kuloodpornych i hełmów oraz karabiny MP-5 budziły respekt wśród przeciwników obecności sił międzynarodowych.
GROM powrócił do kraju 13 grudnia 1994 r. za swą służbę z ust prezydenta Haiti usłyszeli polskie "dziękuję". Wiliam Perry, sekretarz obrony USA, na ręce dowódcy wręczył swój pamiątkowy medal w dowód uznania. Minister T.D. West wyróżnił swoimi pamiątkowymi medalami czterech żołnierzy GROM-u zapewniających mu ochronę. Pułkownik Petelicki jako pierwszy cudzoziemiec otrzymał "Medal for Military Merit".

Misja GROM-u na Haiti była bardzo udaną. Komandosi udowodnili, że są bardzo dobrze wyszkoleni, wrócili bogatsi o nowe doświadczenia i zebrali bardzo wysokie oceny.

Podpułkownik Manuel Diemer zapytany o ewentualne różnice w wyszkoleniu GROM-u i "Zielonych Beretów" odpowiedział:

Dużych różnic nie ma, to ten sam poziom. Trochę inne jest przeznaczenie. My mamy bardzo szeroki zakres działań, a GROM jest bardziej wyspecjalizowaną jednostką. Od waszych komandosów nauczyliśmy się bardzo dobrych metod obezwładniania osób bez użycia broni, w ochronie osobistości. Stosują też nieco inne metody "czyszczenia" [szturmowania] pomieszczeń. Porównamy je z naszymi, wypróbujemy i wybierzemy najlepsze elementy z obu systemów.6

Sukces misji spowodował, że GROM został uznany za wiarygodnego partnera dla najlepszych tego typu jednostek na świecie. Wkrótce po tym wydarzeniu GROM wziął udział we wspólnych ćwiczeniach z Deltą i 22. SAS. 

W czerwcu 1995 r. GROM został postawiony w stan najwyższej gotowości w związku z porwaniem przez bośniackich Serbów dwóch polskich oficerów, których traktowano jak żywe tarcze w odwecie za atak lotnictwa NATO na pozycje bośniackich Serbów. Na szczęście zostali uwolnieni w wyniku negocjacji wraz z 24 żołnierzami ONZ przetrzymywanymi w Bośni. GROM był już ponoć gotowy do akcji, kiedy nadeszła wiadomość, że oficerowie po negocjacjach zostali zwolnieni.8

19 grudnia 1995 r. do rezerwy odszedł twórca i pierwszy dowódca jednostki pułkownik Sławomir Petelicki. Następcą został podpułkownik Marian Sowiński, pułkownik przekazał mu w symbolicznym geście swój MP-5. Na uroczystości przekazania dowództwa obecni byli m.in. minister obrony narodowej, minister spraw wewnętrznych, szef Sztabu Generalnego WP, ambasador Wielkiej Brytanii i zastępca ambasadora Stanów Zjednoczonych oraz attaché wojskowi, morscy i lotniczy tych państw.

chcesz więcej tekst z  www.grom.mil.pl polecam.


 







 
LINKI
 




































Polska organizacja ninjutsu i TCS
 
Reklama
 
 
Stronę odwiedziło już 16 odwiedzający (37 wejścia)
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=